w biegu

Na początek słynna babeczka. Ta w wersji delikatniejszej i prawdę mówiąc bardzo słabo odczuwalnej. A liczyliśmy na niezapomniane turbulencje…
![]()
Dalej steki i żeberka z prawdziwego woła z prawdziwej argentyńskiej restauracji. W zestawach po 10 i 17 ojro. Prawda, że wyglądają ciekawie? Prawda?
![]()
Powyżej żarcie indyjskie od prawdziwego indyjczyka. Rózne odcienie pikantności i przypraw…a owieczka smakuje jakoś tak dziwnie znajomo.
![]()
A tutaj najlepsze szarlotki w mieście. Dodatkowo najtansze i najdalej od domu.
![]()
Ten dziwoląg to ogromny talerz z restauracji etiopskeij, gdzie Gosia miała bombe życia a jedzenie nabiera sie z ogromnego talerza paluchami albo nalesnikami o konsystencji zmywaka do naczyn. Very nice. I kawa za darmo.
I na koniec prawdopodobnie swieżo z mikrofali – klasyczne dania holenderskie – krokiety,sajgonki,kuleczki z jakąś mazią, frytki z majonezem i chleb.
Siedząc w tym barze, który na przestrzeni dwóch lat miał juz chyba ze czterech właścicieli, przypomniałem sobie jak dobre były tam kiedyś kuleczki. No ale juz nie są. I kiedy Hindus z obsługi nagle zabrał mi niedojedzoną zupę zastanowiłem się czy także zabrał ją poprzedniemu klientowi i czy to co tam zostało, trafiło do mojej miski..